— Dziękuję. Nie potrzebuję niczego.
Ruchla z eleganckim ukłonem rzekła jeszcze:
— Może pani zaśnie troszkę. Zdaje się, że pani bardzo zmęczona.
— Nie potrzebuję niczego — powtórzyła nieznajoma.
Ruchla wysunęła się z pokoju, ale Gitla pozostała jeszcze. Jej czarne jak noc i jak ciężka służba zahukane oczy tkwiły ciągle w nieznajomej. Jakby ją oczarowało i do miejsca przykuło to zjawisko. Tak różne, jakby na różnych glebach zrodzone, dwie te istoty miały przecież jedno podobieństwo: gardła ściśnięte w srogich rękach losu. Obie były w różne sposoby, ale niezmiernie smutne. Po chwili z koralowych ust Gitli wyszedł chrapliwy, szorstki dźwięk:
— Może samowar przynieść?
Przybyła odpowiedziała:
— Dziękuję. Nie potrzebuję niczego.
Zdjęła przytem kapelusz, z pod którego rozsypał się po czole i plecach deszcz bladozłotych włosów.
Drzwi zamknęły się z cicha za Gitlą, opuszczającą pokój. W sieni Mendel Szapir zatrzymywał przechodzącego lokaja zapytaniem: