— Niech ciotka zgadnie — uśmiechnęła się Justyna.
Czy zgadywała? Wąskie jej wargi zacisnęły się i pośród zmarszczek prawie zniknęły; górną połowę swej ciężkiej postaci naprzód podała, a rozpłomienione przed chwilą oczy jej przygasły i w więź roślin wpatrzyły się tak, jakby ktoś wpatrywał się w nagle przed nim powstałe widmo czegoś, co niegdyś było żyjącym, znanym, może drogim.
— Justyna!
Na dnie stłumionego jej głosu czuć było jakieś wewnętrzne warczenie.
— Co, ciotko?
— Gdzie ty byłaś?
Młoda panna spokojnie odpowiedziała:
— W Bohatyrowiczach.
— A któż ci dał... to...?
Ciemnym, pomarszczonym palcem wskazywała bukiet, jeszcze odeń wzroku nie odrywając. Tym razem Justyna głowę nad więzią roślin pochyliła.