— Andrzeja... i to... tamto... tego... tych, którzy z nim razem...
Po chwili dokończył.
— Wszystko to przeszło i wiadoma rzecz, że nawet wspominać o tym nie trzeba. Ale wie szwagier, czasem, kiedy na to... tamto... spojrzę i przypomnę sobie, zdaje mi się, że to kościół...
Teraz Darzecki milczał chwilę, przypomniał sobie także, i oczy, których blade źrenice zmąciły się trochę i zamigotały, wzniósł ku sufitowi. Potem z westchnieniem zaczął:
— Sentymentalność... tak, jest to, kochany szwagrze, sentymen-tal-ność, której, na nieszczęście, każdy z nas mniej albo więcej ulega, a która już nam tyle złego narobiła...
— Pewno, pewno! Tyle złego! — głośno przerwał Benedykt i z przekonaniem, prawie z zapałem dokończył: — Szwagier ma pod tym względem rację, najzupełniejszą rację!
Umilkli, salon napełniały już tylko cienkie i mieszające się z sobą głosy panienek, które na trzech krzesłach w rząd ustawionych siedząc, z ptaszęcymi ruchami ładnych główek po ptaszęcemu świegotały:
— Najmodniejsze teraz pantofelki z szarego płótna ze skórzanymi deseniami...
— Nie cierpię płóciennych... dla mnie najpiękniejsze z wyzłacanej skórki... tylko trzeba koniecznie, aby miały wąskie nosy...
— Ach, wąskie nosy... koniecznie! Koniecznie! U moich są za szerokie, prawda?