— Witold! Witold!
Podniósł wzrok i zobaczył wyglądającą zza węgła domu głowę, na pierwsze wejrzenie dość szczególny pozór mającą. Była to głowa mężczyzny dwadzieścia dwa lub trzy lata mieć mogącego, wielka, obrosła niezmierną gęstwiną rudawych i mocno rozczochranych włosów, z twarzą wielką, o rysach kształtnych, ale grubych, okrytych cerą tak ogorzałą, że prawie jak krew czerwoną, i u dołu policzków obrosłych również rudawą i rozczochraną gęstwiną włosów. Pośród tej grubej, czerwonej, obrosłej twarzy jaśniał szereg zębów białych jak śnieg a ukazujących się w uśmiechu trochę gapiowatym, a trochę jak u małego dziecka niewinnym i wesołym, i niewinnie, wesoło, przyjaźnie, błękitem i srebrem świeciła para wielkich, podłużnych oczu. Te to właśnie połączenie dziecięcej prawie niewinności i wesołości z grubością rysów, czerwonością cery i obfitością jaskrawych włosów nadawało charakter szczególny i zaciekawiający tej głowie należącej do potężnie wzdłuż i wszerz rozrosłego, ciężkiego, muskularnego, w krótką, szarą siermięgę86 i wysokie, zrudziałe buty ubranego ciała. Z szerokich pleców tego wielkiego, niewinnie i gapiowato zębami i oczami śmiejącego się chłopca sterczały dwie wysokie i suche linie w grube sznury zaopatrzonych wędzideł87.
— Julek! A co? — zawołał Witold, którego chmurna twarz rozpogodziła się w mgnieniu oka.
Ale wielki chłopiec nie odpowiadał nic, tylko tajemniczymi gestami ręki i głowy przyzywał go ku sobie. Witold paru skokami znalazł się przy nim, a wtedy i on grubym szeptem mówić zaczął:
— Jeżeli Witold chce dziś na kiełby88 jechać, to proszę teraz, bo pod wieczór może deszcz spadnie...
— Dobrze! Dobrze! Ale czegóż ty, Julek, tak szepczesz i chowasz się za ścianę?...
Rudy chłopiec wielką swą głowę wtulił w ramiona i z gapiowatym śmiechem zaszeptał znowu:
— A jakże! Czy ja wiem? Tak jak prawie sześć lat we dworze nie byłem... może tu kto na mnie gniewać się będzie...
— A dlaczegóż czapki na głowie nie masz?
Z tą samą mimiką chłopiec odpowiedział: