O góro! O góro! Zielony lesie!
Jak kwiatek na słońcu kwitnie lub więdnieje,
Tak serce do ciebie pali się, to mdleje,
O góro! O góro! Zielony lesie!
Umilkł, a Domuntówna czystym, silnym kobiecym kontraltem sama ciągnęła:
O drzewa zielone, liście spadające,
O serce strwożone, do ciebie pragnące,
O góro...
Strwożone może było jej serce, bo głos jej zemdlał i na zatrzymanym wozie stała nieruchoma, na ten sam punkt łanu patrząca, ku któremu Jan z dala jeszcze twarz zwracał i wzrok wytężał. Z drogi, z daleka już, ale wyraźnie i rozgłośnie znowu na łan zleciały i po nim płynęły długie, namiętne dźwięki pięknego głosu Jana:
Jak słowik na drzewie zaczyna swe pienie,