— Niech pan Fabian upamięta się... — przez zaciśnięte zęby wymówił.
Stary obejrzał się i głowę podnieść musiał, aby w twarz wysokiemu chłopakowi spojrzeć.
— A co to? — krzyknął.
— Niech pan Fabian do upamiętania przyjdzie! — głośniej powtórzył Jan, a z oczów jego tryskały takie błyskawice gniewu i z całej siły tłumionej groźby, że stary zmieszał się i nagle ochłonął.
— A co ja takiego nagadałem? — ciszej zapytał.
— Głupstw, głupstw ociec nagadał! — krzyknęła wyskakując zza malw Elżusia i chwytając go za połę surduta, energicznie dodała: — Bardzo słusznie! Niech już sobie ociec stąd idzie, bo jak jeszcze troszkę tu postoi, znów pan Korczyński na język ojcu wlezie...
Córkę usunął i ze zmieszanym wzrokiem rzekł:
— Jeżeli co nie w czas naplotło mi się w gębie, to przepraszam... przepraszam... Język bez pamięci, sekretu nie strzyma... Przepraszam... dobranoc państwu!
Zdjął czapkę i miał odchodzić, ale zatrzymał się jeszcze, na Jana patrząc. W rozgniewanej i rozognionej przed chwilą jego twarzy wszystko teraz śmiać się zdawało: i czerwone policzki, i małe oczy, i zadarty nos, i ruszające się wąsy. Czapką ku Janowi machnął i zawołał:
— Kiedy Jezus przed Herodem do Egiptu ubieżał, to i mnie przed tobą ubieżać nie wstyd; ale to sobie pamiętaj, że jaja kur nie uczą. Pierwej doznaj, potem gań... Dobranoc!