— Gdyby pani mojej kałamaszce127 ten honor zrobiła i wspólnie ze mną nią pojechała, może by spacer na zdrowie posłużył. Dobrze niesie... jak na sprężynach!...
— Dziękuję. Dziadunia pilnować muszę...
Widocznie zmartwiony, pomyślał chwilę.
— A jeżeli ja odważę się kiedy tam przyjechać, gdzie od tego czasu wszystkie myśli moje mieszkać będą, czy mogę spodziewać się, że niezbyt niemile ujrzanym zostanę?
Dygnęła znowu.
— Owszem. Dziadunio bardzo lubi, kiedy do niego goście przyjeżdżają...
— Ale pani czy przez to ambarasu128 nie uczynię?
— O ambaras bynajmniej! Owszem. Ja zarówno w grzecznej kompanii129 gustuję.
Już rozpływać się miał w podziękowaniach za to pozwolenie bywania u niej, gdy w orszaku wzniosło się mnóstwo wzywających go głosów. Wszyscy na koniec na bryczkach i wozach siedzieli, bez pierwszego drużbanta przecież odjeżdżać nie mogli. Tyle więc tylko miał czasu, aby Jadwigi rękę ucałować, a do jej braci, obok których przebiegał, szepnąć:
— Szyk panna! Dalibóg, takiej wspaniałej talii i takich oczu cudnych, jak żyję, nie widziałem!