Ostatni dźwięk doleciał tu już tylko przeciągłym, rozwiewnym westchnieniem.
— Niech pani teraz trochę z echem porozmawia! — poprosił Jan.
Zbliżył się do Justyny tak, że ramieniem rękawa sukni jej dotykał; w przytłumionym głosie jego czuć było, że drżał.
— La, la, la! — zawołała.
Śpiewnie, figlarnie echo aż pod koniec firmamentu132 poniosło nutę:
— La, la, la, la, la!
Znowu jednak nie było to tym, o czym mówić chcieli.
— Panno Justyno! — zaczął Jan. — Niech pani echu powie to imię, które dla pani najmilsze jest na świecie! Proszę, proszę, na wszystko proszę zawołać tego, kto dla pani miły!...
Pod spadającymi na jej czoło listkami topoli stała prosta i tak wzruszona, że na chwilę oddech zatrzymał się jej w piersi. Aż nad coraz więcej ciemniejącą rzeką w coraz ciemniejszym powietrzu zabrzmiało imię:
— Janku!