Tu Fabian, który dotąd więcej żałosnym niż rozgniewanym głosem przemawiał, rękę na kłębie oparł i wąsy najeżył.
— Niechaj mnie darowanym będzie — zawołał — że przed synem na ojca to wypowiadam... ale w panu dobrodzieju jedyny ratunek obaczywszy, wszystkie skrytości serca otworzyć muszę. Srogi na twarzy jest pan Korczyński i język ma gruby...
— Inaczej jak mruk do człowieka i nie zagada... — przebił ktoś drugi.
Głosy zmieszały się znowu, zawrzały.
— Złymi słowami siecze po duszy, gorzej niżby rózgami po ciele siekł!...
— Jakby go język od dobrego słowa bolał...
— A jednakowoż może być, że przygłaskaniem prędzej by nas zmusił swego dobra strzec niżeli biciem!
Apostoł zza tłumu ramion i głów ciemnymi okularami połyskując wołał:
— Z mułu i błota ziemskiego, rodzaju myśmy ludzkiego!
Fabiana głos znowu przeniósł i przetrwał inne.