— Co ja pocznę! — lamentowała — straszą i straszą, a ten idzie i idzie... Znowu narazi się na klepkowanie ludzkie albo upadnie i stłucze się tak, jak wtedy...
Jan do Justyny szepnął:
— Stary zawsze tak wariuje, jak tylko kto mu powie, że Pacenko przyjechał... To ten Pacenko, co mu kiedyś żonkę zwiódł i w świat powiózł.
Ale Anzelm przyśpieszył kroku i przed starcem stanąwszy powolnym swym głosem zapytał:
— A gdzie to pan Jakub idzie?
Małe oczy starca spod czerwonych i nabrzmiałych powiek wzniosły się ku jego twarzy.
— A... a... a... zdaje się... pan Szymon?
— Ja, Szymon, ale gdzie to pan Jakub idzie?
— Szymon — objaśnił Jan Justynę — to był mój dziadunio, stryja i ojca ociec. Jakub żyjących ludzi nie rozpoznaje, tylko ich wszystkich za pomarłych ojców i dziadów przyjmuje... tak samo zupełnie, jak żeby śród nieboszczyków żył...
— Pacenko przyjechał! — prędko mrugając powiekami i głosem skarżącego się dziecka powtarzał starzec.