— Kiedyż prosiła... — szepnęła.
Justyna cienką jej kibić ramieniem otoczyła i w zarumieniony policzek pocałowała.
— Suknia mi tylko zmokła, ale chętnie ogrzałabym się przy ogniu...
— To ja zaraz rozpalę!
Skoczyła i kilka polan z sionki przyniosła.
— Poczekaj — zawołała Justyna i z lekka ją usunąwszy, sama przed piecem na podłodze przysiadła i ogień rozniecać zaczęła.
— Oj, oj! Nie potrafi! — na całe gardło zaśmiała się Elżusia.
— Potrafię. Nie święci garnki lepią! — odpowiedziała Justyna.
— Bardzo słusznie, tylko że panienka nie do tego stworzona!
— Ot, widzicie, że już się pali...