W świetlicy zrobiło się trochę ruchu. Za Antolką wszedł Michał w kanarkowym ubraniu swym, uświetnionym jeszcze z powodu niedzieli szafirowym, w kształcie motyla związanym krawatem. Nie dokazywał jak wczoraj, ale owszem, z powagą ukłonił się i wszystkim: „Dobry wieczór państwu!” powiedziawszy, z jedną ręką u zaostrzonego wąsika, a drugą na kłębie złożoną w kącie izby stanął i ciekawie na Justynę patrzał.
Antolka z dzbanka do szklanki ciepłe jeszcze mleko nalewała.
— Może Justynka świeżego mleka wypije? proszę, bardzo proszę! — zapraszała.
Anzelm swoją wielką baranią czapkę na głowę kładnąc, powolnym szeptem do synowca mówił:
— Czy sfatyguję się, czy nie, a żeby panna z twojej przyczyny na ludzkie języki padła, nie przystanę. Już niedobrze, że na Mogiłę popłynąć nie mogłem, a nocne spacery we dwoje odbywać i jej za dobroć złością płacić nijak nie wypada...
Jan objął go nagle, okręcił się z nim w kółko i z głośnym śmiechem w oba policzki go pocałował.
— Każdy młody głupi! — otulając się kapotą i trochę na synowca rozgniewany sarknął Anzelm.
Wieczór był ciemny, bo strzępiaste, wieloramienne, do rozwiewających się dymów podobne obłoki tu i ówdzie zasłaniały niebo i gwiazdy.
— Jeżeli pani chce dobrze widzieć, to trzeba aż pod topolę zejść — ozwał się Jan.
Justyna prędko zbiegła; Jan stryjowi zstępować z góry pomagał.