— Witold? — głośno zawołał.
Justyna w progu oświetlonego gabinetu stanęła.
— A! To ty! — wymówił takim tonem, jakby tylko co był się ucieszył, a teraz uczucia zawodu doświadczył.
Ręką po drgających od zmęczenia powiekach powiódł.
— Nie wiesz czasem, gdzie... Witold?
Powiedziała, że tylko co widziała go pływającego po Niemnie z rybakami, którzy jacicę łowią.
— A! — rzekł krótko i znowu pochylił się nad rachunkową księgą.
Justyna zbliżyła się ku niemu.
— Dobranoc, wuju — rzekła z cicha i dłużej, serdeczniej niż zwykle rękę jego ucałowała.
Po głowie jej kręciły się słowa: