Ale już Kirło z troskliwością i współczuciem przyskakiwał do pani domu ramię jej podając, a z drugiej podtrzymywała ją Teresa. Tak we troje przeszli całą długość jadalnej sali, Benedykt zaś jak wryty wzrokiem za nimi prowadził.
— W imię Ojca i Syna... a cóż ja jej złego zrobiłem? Znowu zachoruje czy co?
Ale w tej chwili giętkie dłonie obie ręce jego ujęły i przylgnęły do nich gorące usta.
— Mój ojcze — z cicha wymówił Witold — pocałuj mnie... proszę!...
Coś dziwnie pocieszonego i roztkliwionego mignęło w ponurych źrenicach pana Benedykta, jednak surowo brwi zmarszczył.
— Cóż? Może za to, żem w twoją dudkę zagrał o tym panku mówiąc, raczysz mi winy moje przebaczać?
Witold w dłoniach swoich ręce jego trzymając, powtórzył:
— Pocałuj mnie, mój ojcze...
Na bladawym, smutnie przed nim pochylonym czole syna złożył pocałunek szorstki, ale długi. Uśmiech, niewesoły jednak, gorzki raczej, pod długim wąsem mu przebiegł.
— Gorącą masz głowę — zauważył.