— Czy mnie próżna nadzieja zwodzi — zaczął — czy też pani w jedną drogę z nami puścić się zamyśla?
Czerwone ręce na czarną suknię opuszczając, grzecznie dygnęła.
— Za zaprosiny dziękuję — odrzekła — ale mnie teraz na zabawy nie w czas. Żyto na nasienie jeszcze nie wymłócone i dziadunia pilnować muszę, bo niedomaga.
I znowu roztargnionym wzrokiem pomiędzy ludźmi wodziła, kogoś upatrując. Była dziwnie grzeczna, łagodna, cicha, nawet mówiła półgłosem. Jaśmont na bryczkę swoją ukazywał:
— Gdyby pani mojej kałamaszce527 ten honor zrobiła i wspólnie ze mną nią pojechała, może by spacer na zdrowie posłużył. Dobrze niesie... jak na sprężynach!...
— Dziękuję. Dziadunia pilnować muszę...
Widocznie zmartwiony, pomyślał chwilę.
— A jeżeli ja odważę się kiedy tam przyjechać, gdzie od tego czasu wszystkie myśli moje mieszkać będą, czy mogę spodziewać się, że niezbyt niemile ujrzanym zostanę?
Dygnęła znowu.
— Owszem. Dziadunio bardzo lubi, kiedy do niego goście przyjeżdżają...