I tu jednak, aż do najnowszych czasów, istniał zakątek, pojęciu ludzkiemu niedostępny, przez miłosierdzie ludzkie nienawiedzany. Krył się w nim potwór tajemniczy, więc przerażający, objawiający się pod postacią ludzi o najeżonym włosie, źrenicach gorejących jak pożary, lub martwych jak zgliszcza, o bezładnych poruszeniach ciała, śmiechu nad łzy smutniejszym, o głosie dźwięczącym jak harfa, na której grają nieprzytomne wichry.
Któż dziś nie pozna potworu tego i nie nazwie go właściwem mu mianem: chorobą umysłu?
Upływały przecież wieki, a w głowach ludzkich nie zjawiało się miano to i do serc ludzkich nie kołatało miłosierdzie, aby litości i pomocy wezwać dla tych, którzy nosili na sobie piętno niezbadanego nieszczęścia.
Przeciwnie, nieszczęście to było polem, wśród którego bujała nieokiełznana fantazya, usiewając je potwornemi rojeniami i widziadłami, a serca ludzkie, naturalnem bardzo oddziaływaniem przeciw ogarniającemu je lękowi, ćwiczyły się w okrucieństwie.
W świecie starożytnym, mianowicie w Grecyi, obok przesądnych mniemań i fantastycznych rojeń, zwolna lecz stale rozwijała się zdrowa myśl ludzka, pracowicie zbierająca po przestworzach światełka prawdy. Nauki przyrodnicze a więc i medycyna, wydobywając się z pierwotnych oków zabobonu i niewiadomości, wczytywać się zaczynały w istotne słowo zagadki. Jeden z głównych przedstawicieli ówczesnej wiedzy, Hippokrates, przekonać usiłował współczesnych, że choroby umysłu toż samo mają źródło co i inne fizyczne zboczenia organizmu ludzkiego. Nauki te mędrca starożytności wywołały echa, których brzmienia odzywały się w świecie uczonym aż do pierwszych wieków ery chrześciańskiej. W porze tej Gallien oświadczył, że pomięszanie władz umysłowych pochodzi nie z czego innego, jak z nadwerężeń, zaszłych w organach myślenia, znajdujących się w mózgu. Areteusz z Kapadocyi i Paweł z Eginy objawiali zdanie, iż jedynym środkiem, zapobiegać mogącym wybuchom chorego umysłu, jest łagodne obejście się i dobrze zastosowany system leczniczy.
Były to już wszakże ostatnie iskry, unoszące się nad zgliszczami roznieconego niegdyś ogniska zdrowej wiedzy i litościwego uczucia.
Pod sklepieniem, wśród którego fantazye plemion wszelkich zleciały się jak różnobarwne ptaki i w jedną fantastyczną połączyły się chmurę, wieki średnie rozpoczęły posępny swój pochód.
Na ziemi i niebie poczęły dziać się rzeczy, przenikające ludzkość aż do szpiku kości grozą i lękiem.
Roślinność, radośne to państwo barw i woni przemieniło się w czarę, po brzegi wypełnioną trującymi jadami; gwiazdy wikłały i rwały dowoli pasma przeznaczeń ludzkich; umarli podnosili się z mogił i oddawali żyjącym złowrogie odwiedziny, żyjący przywdziewali na się postacie zwierząt i z fosforycznie błyszczącą źrenicą, wyjąc i bluźniąc, błądzili po lasach, górach i grobowiskach. Po nad światem nakoniec i dręczącemi go snami, zawisła najstraszniejsza ze wszystkich wizya zmysłowo pojętego, grubo namalowanego piekła, a z otchłani tej na poły czarnej, na poły jaskrawej, spadły na ziemię deszcze szatanów, duchów wszechpotężnych niemal, rodzajowi ludzkiemu wrogich, przyobleczonych w ohydne lub przerażające postacie.
Samotna królowa ówczesnego świata, wyobraźnia — szalała. Od strachu i bolu szalały umysły ludzkie, serca drętwiały.