Jakaż słuszność tkwiła w dwa razy powtórzonym wykrzyku oficera: Skarej! Skarej! Może gdy go wydawał, przemknęła mu przez głowę myśl o tamtych jak ptaki chyżych. Ale już czasu na pośpiech nie było.

Stoj! Stoj! — rozległo się i echami rozbiegło się po cichym zielonym lesie. Ze wszech stron otoczony stanąć musiał.

Oficer pleczysty i nieco na swym ciężkim koniu przygarbiony ku najeżonej pikami grupie jeźdźców powoli nadjeżdżał.

Teraz setnik kozacki zapytywał:

Kto wy takoj?

Czy brzmienie głosu, w którym obok srogości czuć było wzgardliwą drwinę, czy namiętne oczy południowca, w których błyskała iskra złowroga — coś w tym człowieku i coś w tym pytaniu targnęło dumę pojmanego młodzieńca i dmuchnęło na żarzącą się w nim iskrę gniewu. Głosem spokojnym, lecz z okiem rozpłomienionym odpowiedział:

— Jestem człowiek!

Kozak z uśmiechem, dzieląc sylaby wyrazów, zażartował:

Cze-ła-wiek! Nie małpa? Cha-ra-szo! Ale dokąd jedziecie?

— Przed siebie... w świat.