— Dlaczegóż to?
Oficer zniżył głos.
— Plecy, widzisz pan, mam! Wot, dlaczego.
— Jak to plecy? Co to?
— Wot takie plecy, co mnie od wszystkiego bronią... Mnie dlatego i po tym nieszczęściu w lesie z rotnazwo komandirstwa nie zrzucili. Drugi by tak poleciał, że jejej! A mnie on bronił, przez to ja i do pana przychodzić mogę, kiedy tylko zechcę...
O krok jeden stał przed Awiczem, w postawie wahającej się, z wyrazem zmieszania na twarzy.
— I sam nie wiem — zaczął — czy mogę panu rękę podać, czy nie mogę?
Awicz podał mu rękę, którą dłoń oficera objęła silnym, trochę drżącym uściskiem. Coś na kształt uszanowania i rozczulonej nieśmiałości odmalowało się w tej chwili na jego twarzy.
Odchodził. U drzwi odwrócił się jeszcze.
— Wiesz pan co?... Ja myśleć sobie zaczynam, że adnakoż takie rzeczy musi być wiele znaczą. Idziesz z wojskiem na miatieżnikow i głaz na głaz spotykasz się z bratem... z bratem, którego jak swoje życie lubisz. I twego brata zabija to wojsko, któremu ty sam zakomenderował: strzelać! Wot, co takie rzeczy...