— Nie! Nie! Nie przeszkadza mi pan w niczym. Proszę wejść! Chciałem nawet zobaczyć się z panem.
Wszedł powitaniem tym wyraźnie uradowany i dość dziwnie na twarzy jego, najczęściej ponurej, wyglądał uśmiech filuterny, z jakim pytał:
— A co? Krewne pańskie były?
— Były, panie, były! Tak cieszę się, że je widziałem i tylko się dziwię...
— Czemu pan się dziwisz?
— Że pozwolili...
Oficer znowu na jednym w celi stołku drewnianym usiadł, dłonie na kolanach oparł i łokcie z fantazją rozstawił.
— Che, che, che — z cicha zaśmiał się — che, che, che!
A siwe oczy jego w rozgorączkowanej twarzy więźnia tkwiące miały w sobie coś jakby opiekuńczego i zarazem dumnego; zdawały się cieszyć jego radością i zarazem mówić: „A widzisz, co ja mogę! A widzisz, jaki ja!”
— Wot kiedy już do tego przyszło, to już panu powiem, jak to było.