— Ślicznie pan to powiedziałeś... wot poezja to prawdziwa... prawdziwa... i wiara w człowieka, którego lubisz...
A potem z wybuchem zmieszanych uczuć przyjaźni i zazdrości.
— Nu, da! Szczęśliwy z pana człowiek!
— Choć zgubiony? — uśmiechnął się Aleksander.
— Nu, nie ze wszystkim zgubiony. Ale choć w biedę wpadł, adnakoż szczęśliwy!
Gdy odchodząc szedł ku drzwiom, kroki jego cięższymi zdawały się być niż zwykle.
Dość długo potem nie powracał, aż przyszedł znowu i zaraz po powitaniu powiedział, że czuł się niezdrów i że mu w ogóle na ciele i duszy niedobrze. Więc po co, myślał sobie, miał tu w usposobieniu takim przychodzić? Myślał nawet też i o tym, aby już wcale nie przychodzić i obecnością swą więźniowi nie mieszać, nie dokuczać...
— Bo gdzie mnie do was? I co wam ze mną za zabawa? Wy górny człowiek, a ja zwyczajnie, z nizmienności... (z nizin).
Ale nie mógł wytrzymać. Coś go tu ciągnie. Chciałby o niektóre rzeczy zapytać się, pogadać o nich i jeżeli Awicz pozwoli, to jeszcze ten raz...
Ależ owszem, owszem! Nie tylko ten raz, lecz ile razy tylko zechce. Czyż nie oddał jemu i bliskim mu osobom przysług ważnych? Czy pomimo wszystko, co ich dzieliło, nie byli związani wspólnością ziemi rodzinnej i może czymś więcej jeszcze?...