Lasy opustoszały i głosy orężnych bojów przestały już przerażać ptactwo zbierające się już do jesiennych odlotów; natomiast zaludniły się i przeludniły więzienia; zaludniły się i przeludniły żelazne wozy uwożące gromady ludzkie w krainy nieprzejrzanych oddali i niezgłębionych cierpień.
Zadzwoniły po miastach i drogach kajdany, rozbiegło się po szerokim kraju słowo: katorga.
Stały smukłe topole włoskie nad dachami dworów wiejskich i w cichej pogodzie sierpniowej milczące słuchały rozlegającej się u stóp ich szumnie, dumnie, zwycięsko mowie dotąd nie słuchanej, mowie obcej.
Czy topole te były wyższe od czarno i sucho na błękicie nieba rysujących się linii szubienic? I czy spośrodka niw w żółte ścierniska obleczonych patrzały one na te linie, które wznosiły się u niskich ścian miasteczek i u wysokich murów miast?
Każde miasteczko i każde miasto posiadało swoje szubienice. Stały się one towarzyszkami ludzi, widokiem ich oczu, przedmiotem myśli i zaprawą chleba.
Od wielkorządcy kraju do miast i miasteczek przybył rozkaz, aby w każdym z nich pewna liczba ludzi dostała na szyje powrozy. Niezbędnie i jak najrychlej.
Liczba tych przedmiotów najwyższej kary i pomsty ściśle została dla każdego z miast i miasteczek oznaczona. Tu miało ich być trzy, tam pięć, ówdzie dziesięć itd. Wybór należał do tych, którzy na każdym miejscu badali i dośledzali winy. Powiedział o otrzymanym rozkazie kapitanowi Karłowickiemu przyjaciel jego wysoko postawiony i o tym również, że na miasteczko, w którym się znajdowali, przypadło przyszłych wisielców trzech.
Na kogo wybór padnie, przyjaciel nie wiedział, lecz to z żalem powiedzieć musi i do tego dawnego swego współtowarzysza przygotować, że paść on może pomiędzy innymi na plemiannika tegoż współtowarzysza, to jest Aleksandra Awicza.
— Jak to? Bóg z tobą! To być nie może! To tylko dla tych, co z wojska uciekli albo tam co strasznego... Ale on...
On! Przez niego to, przez niego właściwie zginęła cała prawie rota wojska, zabity został młody i zdolny oficer kozacki, spadł na wojsko taki wstyd.