Wysunęła pod światło łuczywa ręce swe małe, wychudłe, tak prawie czarne jak zorana ziemia, z palcami powykrzywianemi i pełnemi guzów od sierpa, kopania ziemi i tym podobnych robót, przez dziewiętnaście lat, bez najmniejszej przerwy pełnionych! Mikołaj postać nędzarki okiem ogarnął i usta wykrzywił.
— Kiedy bo, — odezwał się pierwszy Jasiek — kiedy bo ja sam jeszcze nie wiem, jak zrobić... Iść, czy dać spokój...
W tej chwili, zpod pieca ozwał się głos słaby i łagodny.
— Idź, Jaśku, idź... Nie odrzucaj łaski pańskiej... próbuj... Może ci ziemię przysądzą i bieda nasza się skończy... Oj! biada mi, żem ja taka słaba... sama bym poszła i do nóg temu panu się pokłoniła. Idź, Jaśku, jak Boga się boisz, idź. Jam słaba, prędko może zamrę, niech umierając wiem, żeś ty na parobczym chlebie żyć przestał i dzieci...
Nie mogła dokończyć. Tak była słabą, że głosu jej zabrakło. Stęknęła tylko i zawołała Krystynę, aby dziecko od niej wzięta i do kołyski włożyła. Jasiek patrzał chwilę w głęboki ten cień, z którego przemawiała do niego chora żona i w którym zcicha skwierczało kilkodniowe dziecię.
— No, — rzekł, wstając — dobrze! pójdę. Niech co chce będzie, pójdę! Kilka rubli z sobą wezmę. Może Pan Bóg ulituje się i wynagrodzi...
Mikołaj w duszy się cieszył.
— No — zawołał napijmy się.
— Napijmy się, — powtórzył Jasiek.
— Zdrowie wasze!