— Nie waż się! — krzyknęła Krystyna i przed synem stanęła z takim wyrazem w postawie i twarzy, jakby go ciałem swem przed zabójczą kulą zasłaniała.
— Puśćcie, matulu! — próbując usunąć ją, zaczął rozochocony parobczak.
— Nie waż się! — powtórzyła i tak na niego patrzała, że spuścił głowę i zmieszany od stołu odstąpił. Ona zaś do dwóch starszych mężczyzn mówić zaczęła:
— Sama nie piłam i im nie pozwalałam. Sama pić nie zacznę i, dopóki żyć będę, im nie pozwolę... Oni nie tacy jak inni... matki wolę szanują...
Postawa i mina Antka świadczyły o prawdzie jej słów. Stał ze spuszczonemi oczyma, nie myśląc już nawet rwać się do wódki. Ona mówiła dalej:
— Wychowałam ich nie na pijaków i nie na złodziejów. Strzegłam ich od pijaństwa i od wszelkiej obrazy boskiej, jak od ognia. Od maleńkości do posłuszeństwa i do pracy przyzwyczajałam. Widzieli oni, jakem na nich pracowała, że za niemi świata nie widziałam, więc żałowali mnie i słuchali. Prócz Pana Boga nikt mi nie pomagał.
Mikołaj wstał z ławy i żegnał się z gospodarzem mieszkania. Obejmowali się i głośno cmokali się w policzki.
W kilka minut później w izbie było już zupełnie ciemno i cicho. W przyległej za to komorze świeciło się przez spary we drzwiach i słychać było stłumione szepty. Krystyna siedziała tam na ziemi przed otwartą niewielką skrzynką, a za nią stał Antek, z kawałkiem napalonego łuczywa w ręku. Kobieta spiesznie zgarnęła na bok trochę odzieży i z pod niej, z samego dna skrzynki wyjęła jakiś przedmiot podługowaty i mający kształt wązkiego worka, w górze mocno sznurkiem związanego. Była to czemś wypchana, gruba, niciana pończocha. Krystyna rozwiązała mnóstwo węzłów, na jakie sznur był związany i naprzód wydobyła papierki jedno i trzyrublowe, a później srebrne czterdziestówki, złotówki i dziesiątki, a nawet trochę monet miedzianych. Widocznie wkładała ona w pończochę wszystko, co zarobiła. Za dzień pielenia czterdzieści groszy, za dwa dni żniwa cały rubel; za przyniesienie wody gospodyni — sześć groszy, za grabienie siana — dwa złote; za całe dwa tygodnie żniwa — dwie trzyrublówki, trzecia za trzy miesiące dojenia krów u pachciarza, czwarta i piąta zaoszczędzona z parobczej pensji Antka i t. d. Ile razy na jutro i pojutrze były dla niej i dla synów kasza jęczmienna, kartofle, chleb i sól, tyle razy grosz każdy chował się w głębinach nicianej pończochy. Chowały się tam one przez lat dziewiętnaście.
Teraz Krystyna liczyła papierki. Liczyłaby długo, gdyby nie pomagał jej w tem syn. Parobczak, którego pisarz wioskowy na żądanie matki czytać, pisać i rachować uczył, czytać umiał tak mało, że prawie nic, pisać wcale nie umiał, ale rachował nieźle. Miał widać do rachunków szczególną zdolność, i matka go do nich więcej, niż do czego innego, napędzała. Wspólnemi siłami przeliczyli sto rubli. Krystyna przez chwilę trzymała je w ręku, synowi w oczy patrząc.
— To Filipka pieniądze — rzekła.