— A co czy Pan Bóg pocieszył?

Krystyna przypadła do niej i, na ziemi siadając, rozradowana opowiadać zaczęła:

— Wielki pan... Mądry, wielki i bogaty, musi najpierwszy adwokat w Ongrodzie... Pomódz przyrzekł... Powiedział, że można starać się o zostawienie go w Ongrodzie. Czemu nie można? „Jenerała tego pułku, w którym Filipek służy, znam... Z nim pogadam, żeby go do innego pułku przenieśli, tego co u nas zostanie. A jeżeli, powiada, jenerał nie zechce, to do ministra wojny prośbę podamy... A Filipka nie poszlą tam, gdzie od mrozu skóra złazi i żółta febra trzęsie”.

Mówiąc to wszystko, śmiała się z rozkoszą, ożywiona, rumiana. Płaczce niemowlę z kołyski wyjąwszy, zaczęła z niem chodzić po izbie, kołysząc je w ramionach i nucąc. Helena zapytała ją o Jaśka.

— Przyrzekł — zawołała Krystyna — i jemu obiecał, że od stryja ziemię odbierze...

— Chwała tobie Panie Boże! — szepnęła Jaśkowa.

— A gdzie Jasiek? — zapytała.

— Z Milewskimi został w karczmie i weseli się.

W tejże chwili otworzyły się drzwi i do izby wszedł odświętnie, w długich butach i zgrabnej siermiężce ubrany, Antek. Powracał z kościoła. Krystyna rzuciła się ku synowi.

— Już Filipek zostanie na służbie w Ongrodzie synku, już braciszek twój miły zostanie.