— Róbcie, jak chcecie. Mnie nic do tego.

Krystyna grabie z ziemi podniosła i głową na pożegnanie kiwnęła. Na twarz jej wrócił najzwyklejszy jej wyraz postanowienia.

— Kiedy pieniądze przynieść? — zapytała.

— A kiedy tam sobie chcesz — z wyraźną niechęcią odmruknął Mikołaj. — Mój chłopiec, co u pana adwokata służy, jutro do miasta poleci.

— Jutro i ja tu przyjdę — odpowiedziała Krystyna i dodała: — Ostańcie z Bogiem, Mikołaju!

— Z Bogiem! z Bogiem!

Sam jeden na progu chaty zostawszy, ręce na kolana złożył i zamyślił się. Czekał jeszcze na kogoś, bo wciąż na drogę spoglądał. Doczekał się nakoniec. Spóźniona fura siana sunęła zwolna ku jego chacie. Człowiek, siedzący na wierzchu fury, pozdrowił go wyrazem:

— Niech będzie pochwalony!

— Na wieki! Jasiek?

— A ja!