O kilkanaście kroków od rogatki stanęła, a rozwiązawszy chustkę, którą w ręku niosła, wyjęła z niej sporą kromkę czarnego chleba, którą szczyptą soli posypała i jeść zaczęła. Od wczorajszej wieczerzy nic w ustach nie miała... Jadła więc i rozglądała się dokoła. Wtem, tuż za nią, męski głos jakiś zapytał stojącego u rogatki stróża:
— Co to znaczy? W tej porze pociągi nigdy nie przychodzą... Jakiż to będzie pociąg?
Stróż odpowiedział:
— Żołnierski. Rekrutów gdzieś powiozą...
Krystyna wstała, jakby w słup przemieniona. Zapewne pytała sama siebie, czy to te żołnierze, z któremi Filipek jej na skraj świata miał odjechać? — Nagle czarny komin zapiszczał przeraźliwie, długo; pisk ten powtórzył się jeszcze razy parę i pociąg wysuwać się zaczął, coraz prędzej... coraz prędzej sunął po żelaznych szynach... pół minuty, a za spuszczonym dziobem rogatki przeleciało wszystko... Długi szereg czarnych, zamkniętych, wozów, a przez okna widać było mnóstwo twarzy, z krótko przystrzyżonemi włosami i tłumnie patrzących przez małe okienka, i słychać było pieśń żołnierską, huczną, wesołą, a jednak tu i owdzie przetykaną jękliwemi tony, niby z rozhukanych piersi rwącemi się krzykami bólu... Zaszumiało, zatętniało, zaśpiewało i — poleciało.
Twarz Krystyny stanęła w ogniu, a zmarszczki drgały na niej, jak struny, gwałtownie. Niby żelazne jakieś kleszcze ścisnęły jej serce i zdjęła ją taka żałość, że byłaby z rykiem płaczu na zżółkłą ziemię upadła. Wydało się jej niby, że w jednym z tych czarnych wozów Filipek na skraj świata odjeżdżał, że w tłumie twarzy dostrzegła jego twarz bladą, smutną, mizerną. Ale pewna była, że się myli; przypomniała sobie, że Filipek zostaje, że go pan adwokat gdzieściś przed rewizorami schował, że skoro rekruci już pojechali, a on z niemi nie pojechał, to znaczy, że już został i służyć będzie w Ongrodzie.
Poszła więc uspokojona do domu.
Rozdział ósmy
Około zachodu słońca Krystyna była już w Wólce. Dała dzieciom po groszowym obwarzanku, kupionym dla nich w jednej z przydrożnych karczem, i wnet krzątać się zaczęła około ognia i wieczerzy. Ogarnęła ją teraz wielka wesołość. Wszystko, dziękować Bogu, skończone. Rekruci pojechali, a Filipek jej został. Pieniędzy wprawdzie niema już wcale; pusta pończocha, za koszulę wsunięta, piecze ją trochę, przewiduje gniew i skargi Antka, ale za to swoje zrobiła, — synka wyratowała. Jaśkowa przewlekłym od słabości głosem skarżyć się zaczęła, że bardzo niespokojną jest o męża. Dowiedział się o tem, że stryj do miasta pojechał do adwokata, chcąc go na swoją stronę przekręcić... Poszedł zrana do karczmy, aby rozpytać się o zamiar Pawła chłopów i arendarza: na obiad wrócił trochę pijany i stryja klął, na czem świat stoi. Strach jak on go teraz nienawidził. Żeby ona była wiedziała, ze go taka nienawiść do stryja i ochota do wódki napadnie, nigdyby mu nie doradzała procesu tego rozpoczynać. Ale teraz zapóźno, — już stało się! Pieniędzy na interes wydali dużo i choć zapożyczą się, a na swojem postawie muszą, i ziemię od Pawła odebrać! Krystyna zapytała ją, gdzie teraz był Jasiek.
— W karczmie! Mówił, że będzie póty siedział w karczmie, aż stryja wracającego od adwokata dopilnuje...