Jakby na dane hasło, zewsząd posypały się żarty. Zygmuś przyskoczył i pieszczotliwie pannę Różę obejmując wołał:
— Zatańczy ciocia ze mną na swoim weselu walczyka? A może teraz spróbujemy... dla wprawy!
Starsza z panienek śmiała się:
— Ciotka nam młodym świetną partię odbiera!
Siostra pani Januarowej, niezła nawet kobiecina, ale zawsze czegoś dla siebie i mnóstwa dzieci swoich od Izi potrzebująca, z cieniutkim śmieszkiem wołała:
— No, panienki, nie desperujcie nigdy! Widzicie, że i do stu lat nie trzeba jeszcze tracić nadziei!
A mąż jej grubym basem i ohydną francuszczyzną huczał:
— Mie wo tard ke jamais! Szakiun truf son szaken!
Pan January ucieszony uciechą żony, która zanosiła się od śmiechu, trochę gapiowato, bo bez rzeczywistej ochoty zapytywał:
— Jakże to było? Jakże to było?