— Niezawodnie, gdybym szczególniéj, jak ty, miał zadłużoną Jałówkę.
Księżyc srebrnemi promieńmi zalewał drogę; po łąkach, daleko, biała mgła rozlała się, jakby wielkie jezioro; wśród cichéj i pięknéj natury, potworną sprzecznością brzmiała rozmowa dwóch porządnych ludzi.
W salonie żytowskim, po wyjeździe góści, pan Jan mówił do żony:
— Duszko, tęgi ten Starski! Jaki to być musi gospodarz! Całą godzinę opowiadał mi o wołyńskich pługach. Starscy, to wielka familia, panie! A jaki popularny! tak się ze mną na ganku całował, aż mi gęba zabolała. A zaraz znać, że pan z panów, bo u nich wszystkich myśliwstwo, to rzecz konieczna, — a on tylko o polowaniu mówi.
Zamilkł po monologu pan Żytowski, włożył ręce w kieszenie i, z widoczném zadowoleniem na twarzy, przechadzał się po salonie. Po chwili stanął przed żoną i rzekł:
— Duszko! a gdyby ten Starski pomyślał o naszéj Lolce?
Na to pytanie Lola, która dotąd stała oparta o okno, patrząc w zamyśleniu na piękną noc letnią, drgnęła i zwróciła się ku ojcu.
— Duszko, a gdyby on pomyślał o naszéj Lolce? — powtórzył pan Jan, patrząc na milczącą żonę.
Pani Żytowska poprawiła na głowie czépeczek i rzekła powoli:
— Zdaje się, że to jest bardzo porządny człowiek„Zresztą, będzie tak, jak Pan Bóg zechce, mój Jasiu.