Pociągnął ją ku piersi, a jej głowa, jak kwiat w podmuchu wiatru, pochyliła się i oparła na jego ramieniu.

— Biedna! samotna! szlachetna! prześliczna! Moja! Czy moja?

Wraz z ostatnim wyrazem usta jego spoczęły na jej ustach.

W pokoju zapanowała cisza. Minuta... dwie, i — nagle, silny okrzyk niewieści:

— Nie! nie!

Stała za stołem z lampą, mieniąc się na twarzy purpurą i bladością, prawie z obłąkaniem w oczach. Mężczyzna pozostał tam, gdzie stał przedtem i głowę pochylił nizko.

— Nie, nie! Nie tego chciałam! Nie po to... Boże wielki! Pan może myśli, że po to wzywałam...

Zaśmiała się takim śmiechem, w jakim serce rwie się na szmaty i ciągle tak śmiejąc się, mówiła:

— Więc tak... tak! Zgoda dusz, patrzenie duszą w duszę, nostalgia ideału... budowanie drabiny ku gwiazdom... obrona, dobra rada... O, samozwańcy!

Śmiała się jeszcze chwilę; on milczał. Potem była znowu minuta ciszy, aż bez śmiechu już, owszem, ponura i ze zmarszczonem czołem, cicho rzekła: