Dziewczę spłonęło ciemnym szkarłatem i, więcej jeszcze cisnąc się do muru i kroku przyśpieszając, wyjąkało:

— Niech pan Michał da mnie pokój! proszę sobie iść ode mnie! proszę... proszę... mnie dać pokój...

Łzy płynąć zaczęły po rozpalonych jej policzkach, z całej siły jednak wstrzymywała się od płaczu i zpod energicznie w tym celu mrógających powiek zobaczyła wielką, czerwoną rękę z rozpostartemi palcami, którą towarzysz jej uderzał się w piersi.

— Jak Boga kocham, — krzyczał — niech mnie w ten moment piorun ubije, jeżeli ja kiedy pannie Zofii co złego zrobić zechcę... Ja pannę Zofią kocham nad życie, nad bogactwo, nad wszystko...

Kilkanaście najbliżej znajdujących się osób wybuchnęło głośnym śmiechem na te oświadczyny miłosne, grubym i ochrypłym głosem pośród miasta i tłumu ludzi wykrzykiwane. Mularzówna, na podobieństwo gonionego przez charty zająca, uczyniła zwrot szybki i nazad ku kościołowi biec zaczęła. Zapewne spodziewała się ztamtąd odsieczy, w postaci rodziców i rodzeństwa. Ale on, spostrzegłszy, że ucieka od niego, za rękę ją schwycił.

— Ho! ho! — krzyknął — co z tego to nic nie będzie! Jak Boga kocham, nie puszczę! Co-to? czy ja prawa do ciebie nie mam? Ja twój kochanek, a ty moja kochanka! My już przed Bogiem przenajświętszym mąż i żona! Jeżeli ty uciekać ode mnie będziesz, ubiję! jak Bóg na niebie, ubiję! Ty moja i nikt nas nie rozłączy... żeby tam jenerał jaki, albo kniaź brać ciebie chciał, nie dam! ubiję! a nie dam! jak psa ubiję!

Czerwoną ręką z rozpostartemi palcami bijąc się w piersi, albo w powietrzu wygrażając, krzyczał coraz donośniej i grubiej, a ją, z całych sił wyrywającą się, ku sobie ciągnął. Coraz zwiększająca się gromada ludzi otaczała ich, śmiejąc się z pijaka, litując się nad dziewczyną, albo drwiąc z niej także; ktoś donośnie przywoływał policyanta, który też, przez plac przebiegając, pośpieszał ku miejscu, gdzie tłoczyli się ludzie i rozlegały się krzyki męskie i kobiece, bo i mularzówna, wyrywając się i szamocząc, krzyczała także i głośno płakała. Ale, zanim policyant do miejsca tego dobiegł, sam majster Chlewiński, przerażony, jak najczerwieńsza piwonia zaczerwieniony, tłum rozepchnął, pijaka uderzeniem pięścią w pierś na otaczających ludzi rzucił, a obu ramionami córkę ogarnąwszy, bezwiednym ruchem, jakby ją przed oczyma ludzkiemi chciał ukryć, połą baraniej szuby swej głowę i plecy jej osłonił. Tuż za nim nadbiegła otyła nieco, sapiąca, przelękniona majstrowa i jak kura skrzydłami, ramionami trzepocząc, rzuciła się także ku dziewczynie, trzęsącej się od płaczu i twarz na piersi ojcowskiej chowającej. Dwie starsze siostry, jedna malutka siostrzyczka i mały brat w gimnazyalnym mundurku otoczyli ją ścisłem gronem. Chlewiński, ze łzami w oczach, zwrócił się do gromady ludzi, która stała i gapiła się jeszcze.

— Oj wy! bydło nie ludzie! — krzyknął — czyto nikt z was obronić nie mógł dziewczyny, kiedy jej taka krzywda stawała się!

W tłumie, złożonym z rzemieślników, robotników, służących, kilka osób mruknęło:

— Ktoby tam chciał wdawać się w kłótnie z pijakiem! silny taki, że wołu ubić mógłby!