— Potém... no, zachodzi za miasto, zachodzi... zachodzi... i niknie. Jak zniknie, to wtedy noc robi się...

Dziewczynka zamyśliła się i po chwili zapytała znowu:

— A czy ty wiész, dokąd ono idzie?

— Kto? słońce? dokąd-że iść ma? pod ziemię sobie idzie i śpi.

— Aha! — tonem tryumfu ciągnęła Marcysia — ale czy ty wiész, jak słońce śpi?

— A jak ono ma spać? — odpowiedział — zwyczajnie... oczy zamknie i śpi.

— Otóż nie! otóż nie! — uderzając piąstką jednéj ręki w dłoń drugiéj, zawołała dziewczynka — słońce śpi w takiéj wielkiéj, czerwonéj kołysce, przy kołysce siedzi morze i przez całą noc kołysze słońce, żeby dobrze spało, a naokoło leżą gwiazdy, ale nie śpią, bo pilnują, żeby nie przyleciał ten smok, co konno na wietrze jeździ i nie zjadł słońca, bo jakby smok zjadł słońce, nigdy-by już dnia nie było, żyto by nie rosło, zwierzęta-by poumierały, a ludzie pozjadali-by po ciemku jedni drugich...

Gdy opowiadała, Władek patrzał na nią z ciekawością i zdziwieniem.

— A zkąd ty to wiész? — zapytał.

— Matka mówiła; mnie matka czasem mówi takie śliczne, śliczne bajki.