Nie umiała wytłómaczyć wrażenia, które czyniła na niéj twarz jego niespokojna, wciąż jakby gniewna i zniecierpliwiona.
— Jakaś ty głupia, moja Marcysiu, — odrzekł, — tobie się zdaje, że jak człowieka nie biją i jeść mu dają, to on już szczęśliwy i niczego mu nie braknie. Człowiek, moja kochana, ma inne jeszcze potrzeby i żądania, których ty rozumiéć nie możesz... ale ja... to co innego! Mnie wszystkie złości biorą, jak sobie pomyślę, że tak mię ludzie haniebnie zaniedbali. Ani nauki, ani wychowania, ani majątku! Co ja będę przez całe życie robił? Stryjowi do śmierci służyć nie myślę i nawet rzucę go prędko, bo niczego się tam u niego nie dochrapię. A potém co? W świat mi iść chyba, gdzie oczy poniosą, i szczęścia lepszego sobie szukać!
Miał lat siedemnaście i mówił językiem dorosłego już człowieka. Marcysia rozumiała go tylko przez pół.
Rozmowy takie trwały zazwyczaj krótko i z upływem czasu zdarzały się coraz rzadziéj. Przyszły nakoniec długie miesiące, podczas których Marcysia nie widziała Władka ani razu i nawet nie wiedziała, ani gdzie on był, ani co się z nim działo.
Teraz miała już lat piętnaście, nie dzbanem już z krynicy, ale wiadrami z rzeki nosiła wodę bogatszym mieszkańcom przedmieścia. Codziennie przed wschodem słońca, można było widziéć wychodzącą z chaty, u ściany jaru wiszącéj, dziewczynę wysmukłą i kształtną, z dwoma wiadrami na ramieniu, zatrzymującą się u szczytu ścieżki. Chuda była i blada, lecz kształtna i ładna. Ubranie jéj, z wyjątkiem płytkiego obuwia, okrywającego stopy, nie różniło się prawie od tego, które nosiła w dzieciństwie. Miewała na sobie zawsze sine, grube spódnice i szarą koszulę, przykrytą niekiedy czerwonawą chustką, skrzyżowaną na piersi. Na głowie, która zwykle z nad ciężkich prząseł wychylała się trochę na przód, nie miewała nigdy nic, oprócz włosów ognisto złotych, gładkiemi pasmami otaczających nizkie jéj czoło, a z tyłu głowy skręconych w gruby warkocz. U szczytu ścieżki stawała zwykle chwilę z wiadrami swemi na ramieniu, i wzrokiem wodziła po rozwidniających się domostwach miejskich i rozsrebrzającéj się wstędze rzeki. Z upływem czasu, czarne oczy jéj stawały się coraz więcéj zamyślonemi i głębokiemi; na dnie ich rozpalały się ognie natury namiętnéj, a wpółdzikiéj. Codziennie, różowy gołąb’ zlatywał z dachu chaty i unosił się nad jéj głową, lub siadał na jéj ramieniu. Wtedy przestawała patrzéć na miasto i rzekę, zwracając wzrok na ptaka, uśmiechała się i usta jéj przybierały zarys nieskończonéj słodyczy.
Mieszkańcy przedmieścia, którym nosiła wodę i do których chodziła, aby pléć ogrody, lub dopomagać w praniu bielizny, tak przywykli widziéć ją z tym gołębiem, unoszącym się nad głową jéj, lub lecącym za nią, że gdy wypadkiem zobaczyli ją bez niego, zapytywali:
— A gdzież twój Lubuś?
Ktoś kiedyś, wskazując gołębia, powiedział śmiejąc się:
— To jéj kochanek!
Obecni żartować zaczęli.