Władek zamyślił się, a potém odpowiedział:
— Albo ja wiem zkąd? ale, że zkądciś wziąć muszę, to muszę. Tak mi już zbrzydło to psie życie... że aż...
Splunął, a potém prawił daléj:
— Bo czy sprawiedliwie na świecie? jeden ma wszystkiego po uszy, a drugi nic... jeden paniczem sobie jest, nie wiadomo za co, a drugi takim ot obdartusem, jak ja... także niewiadomo za co! Ciotka wymawia ciągle, że tylko karmić mię musi, a nic ze mnie nie ma? Ciekawym, co ona ze mnie może miéć? W przeszłym roku kopałem po ogrodach i zielsko taczkami woziłem, to i cóż? czy lepsza dla mnie była? gdzie tam! jeszcze, pod jesień jakoś, ojciec przywlókł się do chaty i wybił mnie... Ot dobrze tobie, że ojca nie masz... bił-by...
Marcysi usta zadrżały jakby do płaczu.
— Matka bije... — szepnęła.
— Ej, to tylko czasem, jak upije się! — pocieszał Władek — a jak trzeźwa, to całuje, piosenek uczy i bajki gada... mnie nigdy nikt dobrego słowa nie powié... Aj nędza!.. Ot tak czasem człowiek ze zgryzoty rzucił-by się w tę sadzawkę...
— Aj, aj! — przeraźliwie krzyknęła Marcysia.
Władek spójrzał na nią ze zdziwieniem.
— Czego wrzeszczysz? — zapytał.