Jakże nie ma płakać, skoro w teatrze być i męża na scenie występującego widziéć nie będzie mogła. Na cały wieczór jest zamówioną do pewnéj pani, która jéj usług potrzebuje koniecznie. Przytém i sklepiku pilnować będzie trzeba w porze, w któréj nikt z pewnością wyręczyć jéj w tém nie zechce. Płacze tedy Cipa, biegając, jak zwykle, tu i tam po ulicach, albo w niemocy i żalu siedząc za kontoarem.
Popłakuje téż Liba, krzątając się około gospodarstwa. Ona także nie pójdzie do teatru, gdyż sukienka, którą ma na sobie, jest jedyną jéj sukienką, a że rozpada się w kawałki (w czém ją aż nadto wiernie naśladują buciki), Libie nie sposób ukazać się pomiędzy ludźmi.
Nabożny Enoch za to obojętnym okazuje się na uroczystość wieczorną, a nawet, mając jéj wiele do zarzucenia z punktu ścisłéj ortodoxyi religijnéj, dobrowolnie postanawia nie wydalać się z domu.
Esterka za to i Mendele wybierają się na teatr od najwcześniejszego rana, i tylko czekają chwili, w któréj dzieci sąsiadów (blacharza i malarza szyldów) wybiorą się w drogę, aby pójść w ich ślady. W tym celu Liba prawie jeszcze o świcie obuła małą siostrę w błękitne atłasowe trzewiczki (pocerowane białemi nićmi i związane szaremi sznurkami) i, o ile możności, ukryła białe tasiemki za różowy spencerek Mendelka. Lecz dzień miał się już ku końcowi, a ani ojciec nie opuszczał jeszcze domu, ani dzieci Mowszy nie udawały się w drogę. Przy końcu dnia dopiéro, Szymszel, po długiéj i żarliwéj modlitwie, powolnym krokiem, głęboko zadumany, opuszcza izbę. Za nim, krok w krok, trzymając się za ręce, idą Esterka i Mendele.
W téj-że chwili otwierają się z trzaskiem drzwi domku, stojącego w głębi podwórka, i wypada z niego szumne towarzystwo, złożone z dziewcząt i chłopców, dzieci Mowszy i Icka.
Esterka i Mendelek wydają okrzyk tryumfu. Opuszczają ojca (źle czynią! ) i przyłączają się do gromady małych sąsiadów. Ale mali sąsiedzi są wszyscy starsi od nich, dłuższe mają nogi i szersze kroki stawiają. Przytém weseli są niezmiernie, bo poubierali się w stroje prawdziwie świetne (dziewczynki szczególniéj jaśnieją całe od świeżo wypranych perkalikowych sukienek i czerwonych chusteczek, okrywających ich głowy), biegną zatém bardzo szybko, z krzykiem, śmiechami i gonitwami, a nie myślą wcale zważać na dwoje malutkich istot, które śpieszą za niemi co siły i tchu, z rozognionemi twarzami i ognistemi włosy, miotanemi przez zimowe wiatry. Nie widzą, ani spostrzegają, że błękitne buciki Esterki grzęzną w śniegu, ale tak grzęzną, że wydobyć je bardzo trudno, i że jarmułka Mendelka wciąż spada mu z głowy.
Dla tych bucików i dla téj jarmułki muszą wciąż się zatrzymywać, przytém i tasiemki te... wymknęły się znów jakoś z pod spencerka i utrudniają i tak już plączące się kroki Mendelka. A tu kompania wesoła i świetna oddala się coraz, oddala... oto już końca zaułka dobiegła... oto już sunie szybko po obszernéj i śniegiem okrytéj, przestrzeni bulwaru...
Esterka i Mendele dobywają sił ostatnich, dosięgają téż kresu zaułka. Lecz gdzież są ci, którzy krokami ich mieli kierować? Niéma już ich na bulwarze. Rzucili się snadź w boczną ulicę jakąś... zniknęli!
Cóż? iść tak samym, tak we dwoje? Dobrze-by było, ależ...
Przed oczyma téj drobnéj pary, która znowu ujęła się za ręce i stoi u wnijścia do zaułka, rozlegają się niezmierzone, nieskończone przestworza bulwaru.