Więzień stoi nieporuszony i pełen godności. Milczy i spokojném okiem patrzy w twarz wroga.
Ale twarz ta, opatrzona wspaniałym nosem i bródką „à la Napoléon”, szyderską jest i wzgardliwą. Nie pomni wspaniałomyślnych zasad szewaleryi, władca filistyński i jego towarzysze, pozwalają sobie obsypywać ubezwładnionego bohatera grubiańskiemi wymówkami i nieprzyzwoitemi żarty.
Samson cierpi chwilę w milczeniu, lecz potém drżéć zaczyna; widać na twarzy jego, jak burza uczuć, ukojona przedtém w rezygnacyi, wzbiera w nim na nowo, jak, wśrod krępujących go sznurów, nabrzmiewają jego muskuły...
Nagle wstrząsa się cały od stóp do głowy, więzy spadają z niego, niby porwana pajęczyna, a zanim filistyni oprzytomniéć mogli, pochyla się i porywa leżącą u stóp swoich... oślą szczękę. Jedno szerokie zatoczenie ramieniem, jedno mgnienie oka... armia filistyńska, z wielkim stukiem upadających ciał, runęła na ziemię, a władca jéj zniknął, sromotną ratując się ucieczką...
Wtedy, w upojeniu tryumfu, w radosném uczuciu uratowania się i uratowania ojczyzny, Szymszel staje się tak pięknym, jakim nigdy nie widziała go Cipa, piękność jego wiecznie admirująca. Z dziwnym swym orężem w podniesionéj dłoni, z drgającym uśmiechem na ustach, które, otwierając się, ukazują zęby śnieżnéj białości, w białym płaszczu, który zsuwa mu się z ramion, i złocistym hełmie, którego dyamentowy pióropusz rzuca na jego czoło tęczowe połyski, śpiewa on pełną, wezbraną piersią, hymn chwały i wesela, dzięki składa Jehowie, że mu pozwolił pokonać te „możne tysiące”.
Czy u stóp zwycięzkiego Samsona leżały pokonane „tysiące? ” Czy oręż, którym je pokonał, był istotnie oślą szczęką, lub wyglądał raczéj na goleń wołu? Mniejsza o to; dość, że Szymszel był w téj chwili pięknym, potężnym, upojonym, szczęśliwym i, że, gdy spadła zasłona, Josiel-reżyser począł wołać z całéj siły: „sztill! szaaa! szaaa!” a potém spostrzegając, iż samym tylko głosem nic nie poradzi, poskoczył z swego miejsca, wpadł w mroki, pogrążył się w nich na chwilę, potém ukazał się z jakimś malcem, którego ciągnął za rękę, aż ku drzwiom pieczary (sieni), za któremi malec zniknął...
Biedny malec! nigdy w swém życiu nie widział jeszcze tylu naraz trupów. Martwo leżący filistyni przerazili go téż nadzwyczajnie, a gdy w dodatku jeden z nich (podobno zausznik cesarza), w czasie długiéj aryi Samsona, zaczął się poruszać, zapewne w celu przybrania dogodniejszéj pozycyi dla wiecznego spoczynku, malec wrzasnął z całéj siły, w czém doskonale poczęli go naśladować rówieśnicy. Utworzył się z tego chór, całkiem nieprzewidziany w pierwotnym układzie opery; Josiel położył jednak koniec temu nieregularnemu ruchowi audytoryum, przez podanie przywódcy ruchu absolutnemu ostracyzmowi.
Zaledwie Josiel zdołał wrócić na swoje miejsce, gdy zasłona podniosła się z wolna.
Tym razem widzimy rzecz całkiem nieprzewidzianą.
Pośrodku sceny stoi... nie myślcie państwo, aby to była budka, w któréj się sprzedaje woda sodowa. Jest to pałac, w którym mieszka piękna i wabna filistynka, Dalila. Drzwi pałacu są otwarte i przyozdobione festonami perkalowéj firanki, z brzegami wyciętemi w zęby (zupełnie, jak w budkach z wodą sodową). Z jednéj strony ściana pałacu jest ślepą, z drugiéj ma jedno okno.