Dziwny uśmiech przewinął mu się po ustach.
Biały płaszcz Samsonowy owijał mu kolana i stopy miękkiemi zwojami, szkarłatna szata rzucała połyski złote, paciorki naszyjnika okrywały mu jeszcze pierś, przy świetle lampki, blaskami rubinów, szmaragdów i srebra, a na czole czuł muskanie pióropusza, zwieszającego się z rycerskiego hełmu. Uśmiechnął się dziwnie, długo, aż podniósł ręce i powoli zdjął z swéj głowy pozłocisty hełm z pióropuszem. Postawił go na stole i wpatrzył się w nego gorejącemi oczyma, z których po chwili stoczyły się na blade policzki dwie duże łzy.
— Żegnaj mi, silny Samsonie! Mężu wielki, któryś mnie nauczył, że są na świecie bohaterskie czyny, wielkie miłości ku ludziom, piękne Dalile i... mali, słabi nieszczęsni Szymszele!
Dowiedział się, że nigdy nie był wielkim, ani mądrym, ani szczęśliwym... I załamał ręce tak gwałtownie, że aż kości zatrzeszczały w stawach, a potém założył je sobie na szyję i rozpinać począł naszyjnik swój z rubinów, szmaragdów i srebra. Rozpiął go, zdjął i w obu rękach trzymał przed sobą, a z-za téj sieci błyszczących sznurów błyskały czarne źrenice jego, nabrzmiewające znowu wielkiemi łzami.
— Żegnaj mi, silny Samsonie, mężu wielki!...
W tém podniósł powieki, i ręce, trzymające naszyjnik, opadły mu na kolana. Ujrzał przed sobą widok, o którym nie wiedział z razu, co oznaczał. Naprzeciw niego mroczna głębina izby usianą była sześciu parami żywo połyskujących punkcików. Punkciki te były oczyma ludzkiemi i połyskiwały z różnéj wysokości i w różnéj od siebie odległości, ale ludzkie postacie, do których one należały, całkiem się kryły w cieniu. Wszystkie te sześć par oczu tkwiły w twarzy Szymszela, a wyrażały podziw, zachwyt, radosne zdumienie. W chwili, gdy opuścił na kolana ręce z naszyjnikiem, punkciki te czarne, błękitne, szare, lecz wszystkie rozpalone błyszczącą iskrą, poczęły posuwać się ku niemu, w górze zaś, najwyżéj, dojrzał jeszcze dwa inne światełka, złote całkiem, podobne do dwóch dukatów, a z miejsca, w którém świeciły, wychodziło monotonne, głośne mruczenie.
Był to kot bury, który siedział w wysokim otworze pieca, patrzył na pana domu i mruczał. Poniżéj znajdowała się cała gromadka rodzinna, uśpiona w chwili przybycia Szymszela, lecz która się potém obudziła i, siedząc na ziemi, każde na tém miejscu, na którém znalazło go obudzenie, wpatrywała się w świetny strój męża i ojca.
Siedzieli tak wszyscy i patrzyli od dawna, tamując oddech w piersi, aby nie spłoszyć widziadła w szkarłatach i złocie, które wydało im się senném zjawiskiem. Potém Cipa piérwsza wysunęła się z mroku, chyłkiem jakoś, cicho bardzo, bardziéj pełznąc, niż idąc, ku kolanom męża.
U kolan przysiadła znowu, podniosła ciemną, pomarszczoną twarz, otoczoną brzegami czarnego, okrągłego czepca, włożonego na noc zamiast peruki, splotła ręce na watowanéj spodniczce, z pod któréj wyglądały stopy w niebieskich pończochach, otworzyła usta i patrzała mu w twarz oczyma, utopionemi w miodzie czułości.
Za nią wyłoniły się z cienia ognisto-włose główki Mendelka i Esterki, Enoch wychylił bladą i chudą twarz swą, nad którą sterczał zmięty daszek zsuniętéj w tył czapki, Liba stanęła za wszystkiemi, z warkoczykiem rozplatającym się w płowe pasma, i z Lejzorkiem na ręku.