— Chyba na tych skrzydłach, które mu czort przypiął — obruszył się bednarz.
— Nie na skrzydłach on wyleciał...
— To może na wiedźmowej łopacie... — zażartował Aleksy. Kobiety i niedorosły Jasiek zawtórowali jego śmiechowi.
— Na parasolu — wyrzekł gość.
Wszyscy umilkli. On kołysał się przed kominem jeszcze swobodniej i po wszystkich obecnych z góry wzrokiem wodził. Może tak fanfaroni80 uliczni chełpią się przed zebraną w szynku publicznością wyższym stopniem swej uczoności i biegłości w światowych sprawach.
— Głupstwo! — mówił. — Dla niewiedzącego to zdaje się cud, a dla wiedzącego głupstwo! Ot, jak on zrobił, ten Bąk, kiedy z turmy uciekł...
Wziął swój kij, który przedtem tuż przy sobie o komin był oparł, i odpowiednio nim gestykulując, opowiadał;
— Wziął parasol, wielki taki parasol, rozpiął go, w dół, ot tak, obrócił, i razem z parasolem, ot tak, hyc przez okno... Żeby bez parasola, to by na łeb, na szyję zleciał i kark złamał... Ale parasol spuszczał się w dół pomaleńku, pomaleńku, bo wiatr jemu prędko zlatywać nie pozwalał, aż spuścił się do samej ziemi... A Bąk tyle tylko, że jak długi wyciągnąwszy się na bruku, nosem uderzył o kamień... Z nosa krew pociekła i kości okrutnie zabolały, ale co tam! Za pas nogi wziąwszy, hajda w świat! Trzy lata potem jego szukali... Parasol pod turmą zaraz znaleźli, a jego trzy lata darmo szukali... Cha, cha, cha, cha!
Przy tym opowiadaniu cała jego długa, koścista twarz zajaśniała doskonałą, dziecięcą prawie wesołością. Wyglądał jak niedorosłe chłopię, które z filuterną przekorą i radosnym śmiechem opowiada o popełnionej niewinnej psocie.
Obecni w zdumieniu podnosili twarze i pootwierali usta. Wśród ogólnego milczenia głos gruby i surowy zza kłębów dymu wymówił: