— Panie! — zaczął Otocki zdyszanym głosem, — potrzebuję wydalić się z hotelu na parę godzin.... może na resztę dnia!
Pan Leonid Igorowicz zwrócił się ku niemu i, nie dając mu bezpośrednéj odpowiedzi, ze śmiechem zawołał:
— Ależ, słowo honoru, ta wnuczka pańska wyrosła na śliczną dziewczynę. Co za włosy, jakie oczy!....
— Panie! — powtórzył Otocki, — potrzebuję wydalić się z hotelu na godzin....
Zagłuszył go śmiech pana Leonida Igorowicza.
— I rozumna! — mówił. — Nie taka, jak te nasze dziewczyny, które dla różnych głupstw tracą życie — ot, nie wiedzieć na czém! Ona potrafi użyć życia, oho! taka młoda, a już w niéj znać tęgą sobie kobiétkę....
— Panie, — zaczął znowu Otocki, — a ręka jego, drżąc, posuwała się ku klapie surduta pana Leonida Igorowicza, — potrzebuję wydalić się z hotelu....
Pan Leonid Igorowicz był z natury niezłym chłopcem i postrzegł nakoniec bolesne wzruszenie szwajcara.
— Dobrze, dobrze, — rzekł, — idź pan sobie. Jakób pana zastąpi.... Ale czego taki zmartwiony? Czy dla tego, że ona tak sobie szła z papierosem w gębie, taka czerwona i z tym kawalerem tak ubranym? Daj pan pokój! To wszystko, co pan myślisz, jest głupstwem. Człowiek z edukacyą takich rzeczy za złe nie bierze, bo on wié, że główna rzecz użyć sobie życia, a reszta, to tylko zabobony....
Przestał mówić, bo Otockiego nie było już w pokoju. Patrzał przez okno za odchodzącym szwajcarem, a rękę z turkusem topiąc w rzęsiście ufryzowanych włosach, zawołał: