— On wychował mię i był dla mnie taki dobry!

Julek spójrzał jéj prosto w oczy i zapytał:

— A czy żądałaś tego, aby cię na świat ten sprowadzono?

Wzruszył ramionami i dodał:

— Że téż to tak trudno ludziom jasno patrzeć na rzeczy. Cóż nadto prostszego, że ten, który był ojcem twego ojca, opiekował się tobą i nie dręczył cię bardzo? Każde źwierzę robi to samo względem swych małych. Jest to prawo natury. On spełnił je tak, jak to czynią wszystkie istoty organiczne i niema tu wcale powodu do żadnych, jak wyrażałaś się dawniéj, obowiązków, tém bardziéj do poświęceń. Zresztą, powiem ci prawdę, że wszelkie poświęcenia dla jednostek są głupstwem, exaltacyą, wynikłą z napełnienia głów ludzkich staremi urojeniami. Co innego ofiara dla świata, dla idei. Co innego, téż gdybyś pokochała kogoś, równego sobie energją, umysłem i dążeniami; bo wówczas, gdybyś nawet i przecierpiała coś dla niego, pomimo to, byłabyś szczęśliwą...

Nie wiadomo, czy w téj chwili podzielała wszystkie zdania jego, lecz przestała płakać, i widać było, że ważyła je w myśli. On patrzał na nią niespokojny. Nigdy jeszcze nie pragnął tak bardzo przekonać ją i skłonić w kierunku chęci własnych. Po chwili, podrażniony jakby tém, że mu nie odpowiadała, zapytał:

— A może ci żal jeszcze porzucać rodzinne miéjsce swe, ludzi, wśród których żyłaś dotąd, i te, jak mówią poeci, nieba ojczyste?... Jeżeli tak jest, słuchaj!...

Tu na oścież otworzył okno, za którém w dole ciągnęła się pusta teraz i cicha ulica, a w górze piętrzyły się dachy starych kamienic, z popękanemi ścianami i monotonnemi rzędami ciemnych okien.

— Czy słyszysz! — mówił — jak tu cicho.... cicho.... cicho....

I przejmując się sam uroczystością głębokiéj istotnie ciszy, dodał: