Ta, o której mówiła, z ponurem wejrzeniem, niecierpliwie, za rękaw koszuli ją pociągnęła.
— Chadźmo, mamo, chadźmo! już nie rano! — Baba trąciła ją łokciem.
— A cicho-że! — zaszepleniła z takim gniewem, że aż jej małe oczy, wśród niezliczonych zmarszczek, zielonawo błyskały. — Co ty mnie z panią gadać przeszkadzasz! Widzisz, jaka znalazła się! Chadźmo! chadźmo! Idzi siabie do wszystkich czartów!
O, nie była wcale słodką ta staruszka!
— Czy to wasza córka?
— A córka! Żeby świat takich pahanych córek nie widział! Dwa razy już szła ode mnie i dwa razy powracała... Rok i dwanaście niedziel z każdym mężem przeżyła i czart jego duszę brał...
Niezrażona, młoda kobieta zaszeptała znowu:
— Chadźmo, mamo, chadźmo kończyć!...
— Idzi ze wszystkiej głowy....
— Jak nazywacie się?