— Śledztwo! — zawołałyśmy, — a toż czemu?
Mokre jej oczy z osłupiałem przerażeniem wpatrzyły się w ścianę.
— Czemu? a toż... a toż, żeby przekonać się, czy ja jemu co złego...
Nie dokończyła, rękami splasnęła i, okręciwszy się, do drzwi przypadła. Nie miałyśmy czasu na nią zawołać, gdyśmy ją przez okno w połowie już dziedzińca zobaczyły. Wygnały ją stąd i teraz pędziły gniew i żałość, a niepodobnaby powiedzieć, które z tych uczuć silniejsze w niej było. Krystyna Mikułowa, niemłoda, poważna, w chacie swojej szczęśliwa matka i gospodyni, która dla sprawy jakiejś tu przyszedłszy, końcowej rozmowy naszej z Maryśką przytomną była, patrząc ku drzwiom, zwolna wstrząsała głową.
— Biedna kobieta! nieprawdaż?
Zwróciłyśmy się do niej z zapytaniem:
— Biedna, to biedna, z wahaniem odpowiedziała, ale Pan Bóg Najwyższy wie co robi...
— Czy uważacie ją za złą kobietę?
— Zła, nie zła... może ona i nic złego nikomu nie zrobiła...
— Więc cóż?