— Kwiaty! — powtórzył raz jeszcze cichym szeptem i, nie spuszczając oczu z marmurowych naczyń, parę razy przechylał głowę, z boku na bok, poczém bardzo już nieśmiałym głosem zaczął znowu:
— Przepraszam pana...
— Co? panie Czyński.
— Ile naprzykład kosztować mogą te... te rzeczy?
Wymieniłem mu dość znaczną sumę, którą zapłaciłem za przedmioty, budzące w nim widoczną ciekawość, połączoną ze zdziwieniem. Zdziwienie to wzrosło.
— A! — wyrzekł głośniéj niż zwykle.
— Czy znajdujesz pan, że wazony są za drogo kupione? — zapytałem, chcąc przedłużyć rozmowę, bo bawiła mnie nieskończenie mina i postawa mego kopisty.
— Nie wiem, prawdziwie nie wiem... dziwi mię tylko, jakim sposobem ludzie mogą na rzeczy podobne wydawać tyle pieniędzy.
Przypomniałem sobie owę admonicyą, daną w biurze przez Czyńskiego młodziutkiemu panu Leonowi za glansowane rękawiczki i cukierki dla panienek; uśmiechnąłem się wewnętrznie.
— Są ludzie, — rzekłem, — którzy potrzebują miéć przed oczyma swemi rzeczy piękne...