Nie mogłem nie spostrzedz, że w powierzchowności jego zaszły dnia tego szczególne zmiany. Na chudych żółtawych policzkach swych miał on dwie plamy ciemnych rumieńców, oczy jego zdawały się głębszemi i smutniejszemi, a kąty warg niżéj zwisającemi niż kiedybądź. Martwa niemal cisza, będąca zwykle główną cechą jego twarzy, zmąciła się, i po raz piérwszy, odkąd go znałem, dostrzegłem w spojrzeniu jego i w zarysie zmarszczek, brużdżących mu czoło, wyraz dolegliwego bólu, niemniéj, głęboko ukrytéj ale gryzącéj, żałości. Wchodząc, już zauważyłem, że przy stoliku, okrytym papierami, siedział on bezczynnie, z czołem wspartém na dłoni, którą okrywały opadająca na nią długie pasma żałobnych włosów. Wątpić nie mogłem, że wszystkie te, gwałtem wybijające się na zewnątrz, oznaki smutnych myśli i uczuć, były wynikami zaszłego dziś w obecności méj spotkania.

Mieszkanie Czyńskiego było o wiele mniéj biednie i niedbale urządzone, niż sobie wyobrażać mogłem, wnosząc z zaniedbanego ubioru jego właściciela i najogólniéj mu przypisywanego sknerstwa. Składało się ono z jednego dużego pokoju i dość obszernéj także, widnéj, bardzo porządnie wyglądającéj kuchenki. W pokoju, oprócz kanapki i krzesełek jesionowych, znajdowały się dwa czy trzy kufry, okryte taniemi dywanikami, wielki stół, pełen papierów, i łóżko z pościelą szczupłą, twardą, lecz czystą i porządnie usłaną. Na podłodze, z grubych chropowatych desek złożonéj, na ścianach, pomalowanych orzechechową farbą, na sprzętach, obitych ciemném płucienkiem, nie podobna było dojrzéć najmniejszéj plamki, najdrobniejszego źdźbła pyłu. Zielone kafle ogromnego pieca błyszczały, jak szkło. W kuchence, w któréj wnętrze widziałem przez drzwi na oścież otwarte, ściany były spopielaciałe od dymu, a podłoga czysto wymieciona, stoły i stołki starannie wymyte, a nieliczne narzędzia kuchenne, połyskujące, z pewnym systematycznym porządkiem na półkach ustawione.

We wzorowéj czystości téj i pedantycznym niemal porządku, które przyozdabiały szczupły, ubogi kącik ten, czyniąc go wygodnym i prawie wesołym, znać było rękę kobiety czynnéj i o dobrobyt mieszkania jego troskliwéj.

Kobieta ta, zaraz po otworzeniu drzwi, udała się do kuchenki, gdzie usiadła pod oknem na stołku i zajęła się szyciem. Siedziałem naprzeciw niéj i mogłem przypatrzyć się jéj dokładnie. Była wysoka i silnych, rozwiniętych kształtów. Miała na sobie perkalową czystą spodnicę i ciemny kaftan z prostego sukna. Z pod chustki, perkalowéj także, czerwonawego koloru, tworzącéj rodzaj czepka, z tyłu głowy związanego, włosy jéj, kruczo czarne, jak u brata, i gęsto przyprószone siwizną, kilku luźnemi pasmami opadały na czoło wysokie, pięknie zarysowane, lecz drobnemi, głębokiemi zmarszczkami całkiem prawie okryte. Twarz jéj schylona nad robotą, uderzała niezwykłą ciemną śniadością cery; nie podniosła jéj ani razu, zdając się zupełnie obojętną na rozmowę, którą prowadziłem z jéj bratem.

Miałem już zakończyć rozmowę tę i odejść, gdy Czyński poruszył się na krześle z pewném, właściwém mu, zmieszaniem, obawiającém niepokój.

— Może-by pan dobrodziéj był łaskaw wypić z nami kawę...

Przypomniał sobie widocznie, że uprzejmość względem gościa objawiać się powinna nietylko prowadzeniem rozmowy ale i traktamentem.

Chciałem podziękować i wymówić się, ale kobieta, siedząca u okna w kuchni, powstała i, położywszy robotę swą na stole, ozwała się nizkim, opryskliwie brzmiącym głosem.

— Kawa zaraz będzie...

— Proszę cię, Marysiu... pan adwokat jest tak łaskaw, że częstuje mię zawsze herbatą, gdy z rana do niego przychodzę...