— A niedoczekanie ich, tych wiedźm przekletych, abym ja im milczéć i ustępować miała! — oburknęła kobieta i, jak się zdawało, przez wzgląd tylko na moję obecność, wstrzymując się od dalszych objawów i wynurzeń gniewu, poszła do kuchni. Tam ze stukiem postawiła stołek przy oknie i wzięła opuszczoną przed kwadransem robotę. Widziałem jednak, że ręka jéj, trzymająca igłę i w nierównych przestankach podnosząca się w górę, drżała, a pierś, okryta sukiennym kaftanem, oddychała szybko i z trudnością.
— Nie jest łagodną — szepnął do mnie Czyński — nie, nie można powiedziéć, aby była łagodną... gdyby nie miała tak prędkiego charakteru, może-by łatwiéj zapomnieli i dali jéj pokój... ale trudno...
— Czy pan dobrodziéj zauważył — zapytał nagle, podnosząc głowę — czy pan zauważył, że kiedy kto jest bardzo nieszczęśliwym, to mu i dobrym być bardzo trudno...
W kilka minut potém podawałem Czyńskiemu rękę na pożegnanie. Odprowadził mię do progu, przy drzwiach zatrzymał się i, po widoczném chwilowém wahaniu, wyrzekł niepewnym głosem:
— Proszę pana... czy... czy pani... Trońska często u pana bywa?
— Widzi bo pan — mówił daléj, nie czekając na odpowiedź; — osoba ta obchodzi mię trochę.... kiedyś... bardzo... bardzo dawno temu, znałem ją z blizka.
— Wiem o wszystkiém — przerwałem — pani Trońska mówiła mi, że byliście państwo zaręczeni ze sobą.
— Mówiła? — zawołał kancelista; — mówiła! — zadziwił się raz jeszcze i ledwie dosłyszalnie szepnął — więc nie zapomniała.
Usta mu drżały, plamy ciemnych rumieńców wybijały się znowu na żółte i zapadłe policzki.
— Proszę pana — zaczął znowu po chwili — obchodzi mię to bardzo... chciał-bym wiedziéć, czy jest szczęśliwą?