Czyński siedział jeszcze i pisał, ale, usłyszawszy szmer za oknem, zerwał się przestraszony (pociesznie wtedy wyglądać musiał, zwłaszcza, ze nie miał na sobie surduta, tylko swoję sławną kamizelkę w malinowe kraty. Zerwał się i jednym susem przyskoczywszy do kufra, usiadł na nim. Pan Leon wtedy, (niech go tam wszyscy... jaki z niego sprytny urwis!) zmieniając głos, mówi za oknem: — Pieniądze, albo życie! — Czyński nie ruszył się z miejsca. Oczy mu tylko w słup stanęły, a rękoma kufer obejmował! Nasi chłopcy (walne, jak Boga kocham, chłopaki), dawaj znów oknem trząść, aż tu z kuchni wypada wielka Marysia...
Tu opowiadanie rozradowanego kancelisty przerwaném zostało wybuchającemi wśród obecnych śmiechami. Sam pan naczelnik śmiał się do rozpuku.
— Teraz dopiéro zaczyna się prawdziwa tragedya!... — zawołał kolega o apatycznéj twarzy i leniwych ruchach. — Marysia Herod-Baba... i czupryna pana Leona...
— Cyt! nie przeszkadzajcie! mów daléj, panie Wincenty! mów daléj!
— Koniec wieńczy dzieło! — zawołał pan Wincenty, uderzając się dłońmi o kolana — Marysia, jak furya przypadła do okna, otworzyła je i podobno kogoś tam z figlarzy śliczną łapką swoją po włosach pogładziła...
— Nie prawda! nie prawda! — odkrzyknął barczysty i rubaszny kompan pana Leona — nie złapała żadnego z nas! uciekliśmy!
— Zrejterowaliśmy w porę!
— Ale co przeląkł się, to przeląkł ten sknera! Ręczę, że mu jeszcze do tego czasu włosy na głowie stoją!
— Musieliście mu dobrze za skórę zajechać, kiedy dziś do biura nie przyszedł!
— Wstydzi się!