Mniemałem, iż nie wié o tém, że nocnemi napastnikami byli jego koledzy, a chcąc oszczędzić mu smutku i upokorzenia dowiedzenia się o tém, powiedziałem, żem słyszał, iż jakoby złoczyńcy jacyś dobierali się téj nocy do jego mieszkania. Uśmiechnął się smutnie trochę, ale bez cienia gniewu, lub zażalenia, odpowiedział:
— Ej nie! panie dobrodzieju! nie byli to żadni złoczyńcy, tylko pan Leon, pan Piotr i pan Erazm... ci, proszę pana, co to piszą przy stoliku na lewo... niedaleko ściany... Siostra zaraz ich poznała, gdy tylko przybliżyła się do okna; zna ona ich bowiem wszystkich z widzenia.
Milczał chwilę, potém dodał:
— Ot, rozbili mi tylko dwie szyby i musiałem dziś zapłacić za wstawienie nowych.
Patrzałem na niego ze zdziwieniem. W całéj téj więc upokarzającéj go awanturze, jedyną przykrą dla niego rzeczą było to, że z powodu jéj wydać musiał parę złotych. Co za szalone skąpstwo! jaki brak uczucia własnéj godności, czy téż jakie martwe, ponure przyzwyczajenie do obelg i naigrawań ludzkich!
— Koledzy pana bardzo źle postąpili... — zacząłem.
Przerwał mi poruszeniem ręki, oznaczającém lekceważenie, czy pobłażliwość.
— Co to dziwnego, proszę pana, że mnie nie lubią? żyję inaczéj, zupełnie inaczéj, niż oni... zarabiam więcéj... zazdroszczą mi téj odrobiny grosza, którą uzbierałem... gdyby wiedzieli, dlaczego zbieram... może-by... może-by się im inaczéj zdawało, ale tak.. trudno...
Wyraz dlaczego zaciekawił mnie żywo.
— Wyjaw więc pan kolegom swym cel ten, dla którego usiłujesz jak najwięcéj pracować i zbierać, a zmienią oni zapewne usposobienie swe względem pana.