— Jakim sposobem?

Milczał chwilę, zbierał myśli i słowa, które może rozpraszał płomień serdecznej męki. Potem zaczął:

— Może zbyt długo zatrzymuję cię, siostro... może czasu masz mało... Nie skłonnym do zwierzeń... serce mam milczące. Dla pracy rąk i głowy towarzyszy jest wielu, ale dla tej, która odbywa się w głębi — nikogo. W świecie, pomiędzy ludźmi, mówię wiele... tu, w tej ciszy, nieprawdaż, że prawie klasztornej? bywa ze mną tylko ona — ta cisza... Jednak pragnąłem czasem jakiejś duszy dobrej, anielskiej... takiej jak ty, siostro... ach, jak czasem pragnę dobrej siostry... Lecz to jest zawsze...

Wskazał spojrzeniem na stary gobelin w rogu pokoju.

— Takie uciekające marzenie... Nikogo swego! Bo, siostro, ludzie sobie duszą w duszę nie patrzą nigdy... Zawsze tylko powierzchnia... powierzchnia...

Pochylony nieco, z twarzą na dłoni, podnosił ku bladej twarzy i spuszczonym powiekom zakonnicy wzrok prawie dziecinny, tak pokorny i ufny.

— Rzecz prosta — mówił. — Na krzywych i ciasnych podstawach my marni ludzie wznosimy gmachy nasze, więc też i marnie dachy ich spadają nam na głowy. Byłem jak inni. Kochałem żar jej źrenic, purpurę ust, słodycz obejścia się, dowcip rozmowy, powierzchnię, powierzchnię, z której, jak pszczoła z kwiatu, zbierając miody, mniemałem, że płacę sowicie, gdy nawzajem powierzchnię swoją jej do kochania oddaję. To bardzo powszechne. Rzecz sprowadza się do używania — tylko! To bardzo elementarne, bardzo materyalne, a poezya na tę nagość zarzuca zasłonę, czyniącą złudzenie, że tam jest coś więcej, wyżej... tak leciuchną, że gdy orkan namiętności zadmie...

Uczynił ręką gest lekceważący.

— Albo zefirek nudy powieje...

Nizko pochylił głowę.