Teraz siostra Klara słyszała wyraźnie ten śpiew zaświatowy, którym rzeczy martwe napaja czasem duch człowieka, kierowany duchem bożym. Były to szelesty skrzydeł niewidzialnych, szmery płomieni, gorejących przed niewidzialnymi ołtarzami. W jej własnem sercu rozlewała się radość anioła, który unosi ku niebu duszę ludzką do niego samego bardzo podobną. Z uśmiechem, skupiającym w sobie tę radość, przemówiła:
— Trzeba mi już iść! Trzeba mi coprędzej zanieść poselstwo radosne...
Wtem spojrzenie jej upadło na wznoszący się w rogu biura krzak kwitnącego wrzosu. W smudze słonecznej płonąc, zdawał się być zabłąkaną tu z daleka strofą polnej pieśni.
— Miły kwiat! Jakże go zblizka znałam w dniach dzieciństwa i młodości.
Zanimirski wyciągnął rękę, spiesznie delikatne gałązki zrywać zaczął, a potem siostrze Klarze podał ze słowami:
— Zanieś jej, siostro, te kwiaty, które nieraz zrywaliśmy wspólnie w zaraniu miłości naszej... biednej!
Z takim wyrazem oczu, z jakim człowiek spogląda w otchłanie, dodał:
— Wszystko zaczyna się w uśmiechach, a kończy się w łzach!
Zakonnica, z kwiatami w białych rękach, stała w smudze światła, którego różane krople migotały na jej czarnym habicie i białym kornecie.
— Trzeba mi już iść! — powtórzyła, lecz nie odchodziła. Doświadczała uczucia czegoś jeszcze nie spełnionego. Tak; nie wymówiła ani razu słowa: przebaczenie. I już nie wymówi. O Bogu także nie mówiła wcale i mówić nie będzie. Czuje tu obecność bożą...