— Już, ojcze, tyle ile trzeba było wysiałem, — dźwięcznym głosem odpowiedział chłopak i, grzecznie przede mną czapki uchyliwszy, z kobiałką w spuszczonéj ręce obok ojca stanął.

Miał rok dwudziesty piérwszy, i nad wiek swój wydał mi się dojrzałym. Wprawdzie, siwe źrenice jego miały dziecięcą prawie, kryształową przejrzystość, ale w postawie była powaga dojrzałéj siły, a usta układały się w wyraz zamyślenia. Łatwo było-by dymyśléć się, że był on tym samym, który na szerokiém polu śpiewał pieśń z poważną psalmową nutą, i że zaśpiewanie skocznéj piosnki o zapłakanéj dziewczynie i rozbitym dzbanku, musiało być wybrykiem młodéj i szumnéj, lecz u niego nieczęstéj wesołości. Stary tymczasem, bez żartu już prawił:

— A pani w łaskawości swojéj, doprawdy, pieśń twoję chwaliła.

— Piękna pieśń, — potwierdziłam.

Śmiało i poważnie na mnie patrząc, z naiwném lecz głębokiém przekonaniem, powtórzył:

— A piękna!

— Jakim sposobem jéj się nauczył?

— Jest napisana, — odpowiedział.

— Chciałabym ją całą przeczytać.

— Czemuż nie? — uprzejmie podjął stary i do syna się zwrócił.