W tym długim, huczącym ściśliwym sznurze koni, wozów, żelaznych łańcuchów i uzbrojonych mężów, Kazio wydawał się atomem, automatem, ziarnkiem pyłu w chmurze kurzawy, tak zupełnie niczém, jak niczém jest wola człowieka, wobec mocy żelaza, dusza człowieka wobec bronzowych i ołowianych kości ziemi.

Od czasu, gdy go widziałam, zmienił się trochę, na twarzy schudł, w ramionach jeszcze poszerzał, bujniejszy wąs puścił się mu nad wargą, teraz do zbladłego korala podobną i oczy jego z większéj zda się głębokości na świat poglądały. Nie były już one, ani kryształowe, ani ruchliwe jak dawniéj, lecz omglone i nieruchome, ze szklistą zadumą utkwiły w dalekim punkcie przestrzeni.

Co tam daleko spostrzegał? Domek pod wiązem? pola szerokie? gołębie nad strzechą? czy kraje nieznane? wysokie góry, bogate winnice, dolinę róż? czy walkę? czy śmierć? Któż wiedziéć może? Na wojnę jechał.

...„Fortuno ludzka, twoja to zabawa

Rzucać jak piłką...”


Sporo czasu minęło znowu. Na wilgotnéj drodze, pod niebem jesiennemi chmurami usłaném, u brzegu zczerniałego pola, na które stara wierzba sypała osiwiałe językowate swe liście, stałam naprzeciw tego człowieka zmieszana, prawie przelękniona, niewiedząca, jak mówić mu o tém, o czém wiedziałam, że myśléć on musi ciągle.

Okolica stała teraz cała w pomarańczowo-żółtych i brunatnych liściach, z za których tu i ówdzie wychylał się mętny rąbek Świsłoczy; wysoki wiąz przybrał cielisto-drewnianą barwę i deszcz misternie pręgowanych liści opuszczał na mokry i zżółkły mech strzechy, pod którą domek szary, stary, bardziéj niż wprzódy krzywy, niżéj niż wprzódy przysiadł ku ziemi. Ogród nagiemi badylami sterczał, gołębie skryły się przed wilgotnym chłodem, w czerwonych liściach jabłoni krakała wrona.

Nadchodząc, zobaczyłam go z pługiem parą koni zaprzężonym, wychodzącego z zagrody. Konie i pług na skraju pola zatrzymał, ręką czapki baraniéj dotknął, stanął, i jakby czegoś ode mnie oczekując, milczał. Zgarbione jego plecy zakreślały wypukłe półkole, na policzkach, obok téj fałdy, która je przedtém rozdzielała na dwoje, powstała druga, trzecia i widocznie powstawać zaczynała czwarta. Wyglądał bardzo staro i nędznie; ciemna kapota niezgrabnie obwieszała jego wychudłe ciało, koścista, ciemna szyja, wychylała się z pod niewybielonego płótna koszuli, a piskliwa dudka, ta, co z mokrych traw łąki do piersi mu wlazła, chrypiała i gwizdała tak, że ją już o kilka kroków słychać było.

Widząc, że milczę, sam rozmowę zaczął.